What is a family the Poles need?

In this parliamentary session the Polish deputies will consider a total of three drafts of laws on the issue of utmost importance for Polish men and women. The bills of civic committees Stop Abortion and Save the Women aim at regulating the issue of access to family planning and abortion, and the bill proposed by MP Jan Klawiter regulates the in vitro procedures. Taken altogether, the drafts show conflicting visions of the Polish family.

According to the Stop Abortionfraft, a total ban on abortion (even in cases of rape, incest or health risks women) and criminalization of abortion or even miscarriages are means to guarantee the ‘constitutional right to life’. However, voting on this project could mean that such cases as a girl of twelve in Kielce becoming a mother would multiply. On the other hand, for older, more educated and wealthier people from larger cities, the situation would probably only change a little. A poll shows (http://www.newsweek.pl/plus/peryskop/sondaz-czy-aborcja-powinna-byc-legalna-,artykuly,397196,1,z.html), that for them the current lack of access to legal abortion is not much of a problem – contrary to the residents of smaller centers who have to consider the impact of the clause of conscience of doctors, badly stocked pharmacies and modest earnings (the price of an underground abortion ranges from 1.5 to 3 thousand zloty, i.e. 1,2 to 2.5 times the net minimum wage).

Poles are now postponing parenthood to later stages of life. We are a society with little inherited capital  and with great mobility toward the big cities which means severe gender disparities in the appropriate age range (young women are much more mobile than their male counterparts, heading towards big cities. Rural areas and small towns seem to overpopulated by men). In other words, young people find it increasingly difficult to find a right partner. The average age of the first marriage and the average age at which Polish women have their first –  and often the only – child rises.

Many couples struggle with infertility due to environmental factors, stress, age or health complications. Parliamentary debate will also cover the new draft regulatiing IVF, which permits to create only one embryo at a time, no freezing (this will require implantation within 72 hours). The NGOs point out that this will make the procedure nearly impossible to perform in practice.

As a set, the Stop Abortion and Klawiter laws would reduce the number of families with older, responsible parents. In conjunction with the 500+  programme they may, however, increase the birth rate among the young. Yet it is not certain. The nearly total banning of abortion in 1993 did not translate positively on the number of births, and this despite the fact that in Poland the availability of effective contraception was back then negligible.

As practice and opinion polls show, the Save the Women proposal is the closest to the needs of a regular Polish household. The possibility of family planning, access to modern methods of assisted procreation or knowledge-based sex education seem to be attractive to the majority of Poles, and about half of the population – depending on the survey – is in favor of introducing the abortion on demand.

Only one in eleven Poles wants a total ban on abortion. Such a conservative electorate however have already found their representatives. It is hard to expect that older advocates a total ban on abortion abandon PiS and the younger, the Kukiz’15 or another ‘conservative-libertarian’ option, the Korwin party that is waiting in the starting blocks to the parliament. On the other hand, more than half of the population do not participate in the electoral process, often explaining that they have no one to vote for.

The reproductive rights would appear as a politician’s dream: with very little effort, a party would manage to create a strong and attractive political identity with a potential of acquiring wide electoral support. So little is needed for a grateful record in the memory of citizens. The sympathy of non-conservative voters is simply lying in the street and it would be enough just to bend down and pick it up.

However, in the Sejm, the reality is much more complex. Parties not only do not want to mess with the Catholic Church. The opposition parties, which are struggling with conservative narratives enforced by the government and the pro-government media, fear … desertion. The Civic Platform does not want to lose the vote. In defending the status quo, i.e. the notorious ‘abortion compromise’, they  will try to prove that they can still ‘feel the wind’.

The Nowoczesna will try by all means to avoid the stigma of “gauchisme” (which has become a grave political insult), even at the expense of relations with the party. Ryszard Petru, its leader, already spoke out against liberalization, contrary to earlier declarations of female deputies of his own party (eventually, the club will not require discipline from its MPs). No discipline has been also announced by a conservative libertarian club Kukiz’15 (however it is not clear whether the liberties of women would ever be taken into consideration). The peasant party, PSL, will traditionally take conservative positions; they will probably strive to maintain the current compromise.

The most interesting situation, paradoxically, is one within the ruling Law and Justice. The flying heads and corruption charges indicate a fierce factional fighting, however, it is conducted so discreetly that it is difficult to draw the demarcation line between the camps. But certainly the doctrinal purity of conservative catholics is at stake.

A pushing-through of such conservative solutions, even if they entail considerable costs and have little chance to be actually enforced, would be a political prize, and this is not easy to share. On the other hand, a total ban on abortion may discourage many voters and lead to substantial mobilization of opponents of the current ruling option. In the months following the elections, the rumours wanted that this was exactly what Jaroslaw Kaczynski feared.

It is hoped that factional battle will not take place in the plenary hall, but in the privacy of the committees’ deliberations. The MEPs would therefore aim at redirecting the bills after the first reading. The map of internal tensions within PiS will then crystallize. Perhaps due to the social resistance the projects will go to the so-called ‘parliamentary freezer’, where they would wait for better days…

Niepokojące uroki nacjonalizmu

Agata Czarnacka

O faszyzmie mówi się ostatnio bardzo dużo. Niektórzy twierdzą, że za dużo i słowem tym szermujemy lekkomyślnie (http://wiadomosci.wp.pl/kat,141202,title,Faszyzm-w-Polsce-Rafal-Wos-taka-postawa-to-woda-na-mlyn-pisowskiej-propagandy,wid,18293913,wiadomosc.html). Zbyt mocne słowa używane pod adresem władzy kończą się tym, że krytykowanie jej staje się niewiarygodne i płaskie. Co nam pozostanie do powiedzenia, kiedy zaczną się dziać naprawdę okropne rzeczy?

Ale jak w takim razie mamy wyrażać nasz niepokój? Coraz bardziej bezwzględny “suwerenizm” – tak może nazwijmy ideologię opcji rządzącej w Polsce – rzeczywiście nie jest tożsamy z nacjonalizmem i faszyzmem. Kłopot w tym, że zapewnia im świetne podglebie. Wiele wprowadzanych przezeń rozwiązań (np. “media narodowe”, podważanie autorytetu instytucji kontrolnych, demontaż ciał przeciwdziałających dyskryminacji i rasizmowi, eliminowanie funkcji krytycznej kultury czy humanistyki, przedkładanie “narracji historycznej” nad wolne spory o przeszłość czy krytyka liberalizmu) otwarcie służy umacnianiu się twardej linii nacjonalizmu.

Co to jest faszyzm? Kurt Vonnegut ujął to zwięźle: “Faszyzm był dość rozpowszechnioną filozofią polityczną, uznającą za świętość naród i rasę, do której należał dany filozof. Faszyzm wymagał autokratycznego, scentralizowanego rządu z dyktatorem na czele. Dyktatora należało słuchać bez względu na to, co rozkazywał.” (Śniadanie mistrzów, albo Żegnaj, Czarny Poniedziałku, PIW, Warszawa 1977)

(Oczywiście filozofia polega na tym, żeby niczego nie uznawać za świętość: właśnie dlatego ludzkość wymyśliła sobie teologię, która jest w pewnym sensie tym samym, co filozofia, ale umożliwia uznawanie świętości. Może dlatego jednym z najważniejszych pism polskiej prawicy jest “Teologia Polityczna”. Wracając do słów Vonneguta, może nie tyle filozof, co wyznawca.)

Załóżmy, że nie mamy jeszcze scentralizowanej dyktatury, a i naród/rasa nie są jeszcze świętością dekretowaną przez najwyższą władzę. Tylko że… coraz częściej o tym rozmawiamy. Ja, na przykład, załapałam się na debatę o młodzieżowych ruchach nacjonalistycznych z udziałem przedstawiciela jednego z nich.

Prowadzący zadawał inteligentne pytania, a delegat z Obozu Narodowo-Radykalnego, który w międzyczasie okazał się być partią, tłumaczył, że skoro posłowie ruchu wprowadzeni do parlamentu zachowują się “całkowicie normalnie”, to chyba czas zacząć traktować ONR i cały ruch narodowy z należnym mu szacunkiem.

Nacjonalizm a patriotyzm

Bo jak tu nie szanować patriotycznej młodzieży, której leży na sercu dobro ojczyzny, katolickie morale i – tak, tak – ekologia? Czy można gardzić dzielnymi młodymi ludźmi za to, że chcą być dumni z bycia Polakiem? I ta suwerenność to wzór rodem z Zachodu – przecież im bardziej podróżujemy, tym bardziej widzimy, że z to właśnie mocne państwa narodowe na Zachodzie gwarantują funkcjonowanie instytucji dla dobra ich obywateli. I my, Polacy, też byśmy tak chcieli…

Ale skoro patriotyzm – to już przypomniał redaktor prowadzący – systematycznie potępiano, odżegnywano od czci i wiary, to młody człowiek ma mętlik w głowie: chce silnej ojczyzny, ale od mainstreamu dostaje komunikat, że jest przez to faszystą.

Ze zdaniem pana redaktora trudno mi się zgodzić. Od pierwszych lat po transformacji w 1989 roku patriotyzm był ważnym tematem rozważań. Pamiętam patriotyczne wzmożenie po śmierci Jana Pawła II, namysł nad nowym patriotyzmem w kontekście wchodzenia Polski do Unii Europejskiej i egzaltowane przemówienia polskich władz przy różnych okazjach w latach 2005-2015. Ale dziś słyszę, że była to co najwyżej debata akademicka, którą media nie zajmowały się tak jak zaangażowani w politykę intelektualiści.

Kłamstwo i pamięć

Nie wierzę Zygmuntowi Baumanowi, że kłamstwo polityczne ma krótkie nogi i samo siebie obala. (http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/12166,1,jak-jestesmy-manipulowani.read) Jeśli jest możliwe w mediach głównego nurtu mówić, że dyskusji o patriotyzmie nie było, to takie kłamstwo jest już w zasadzie nie do obalenia. Jego materią jest pamięć, a klasyk mówi przecież, że w przeciwieństwie do historii, która jest sprawą publiczną i każdy może się o nią spierać, pamięć jest zawsze czyjaś, zawsze własna i kłócić się o nią trudno. Pamięć za to, w przeciwieństwie do historii, można modyfikować, wpływać na nią, sugerować pamiętającemu interpretacje, rzucające nowe światło na to, co pamięta…

Uporczywe powtarzanie, że za poprzednich opcji rządzących patriotyzmu się unikało, będzie pomału modyfikowało pamięć i w końcu stanie się subiektywnie przeżywaną prawdą. A ponieważ wiedza to również pamięć (ponieważ wszyscy pamiętamy mniej więcej to samo i mamy swoje rytuały, w których się nawzajem sprawdzamy, to nazywamy to obiektywizmem), kwantum naszej wiedzy również może być – jak by to określić – plastyczne.

Na tej plastyczności opierają się techniki propagandy. Pracowita, powolna redefinicja pojęć, czyli wiedzy, i opowiadanie na nowo (“nowa narracja”) bliższych i dalszych wspomnień naszej wspólnoty przekładają się na zmianę światopoglądu, obrazu świata. A ponieważ większość z nas w tym procesie uczestniczy sporadycznie i nieuważnie, zmiana dokonuje się niespójnie. Im bardziej z kolei nasz obraz świata jest niespójny, tym bardziej jesteśmy niepewni siebie, zagubieni i agresywni w obliczu jakiejś innej wersji, która nie całkiem zgadza się z naszą.

Kłopotliwa osobowość

Innymi słowy, stajemy się coraz bardziej autorytarni. Powojenni badacze, którzy starali się określić, jak to się stało, że całe społeczeństwa nie zaprotestowały, kiedy w ich imieniu wytaczano wojnę światową czy przeprowadzano Zagładę, właśnie tak określili osobowość, jaka się wyłaniała na gruncie niespójnego obrazu świata, braku prawdy, na której można się oprzeć, kwestionowania obiektywnej wiedzy i nacisku na zagrożenia ze strony “tych, którzy nie są nami”.

Na osobowość autorytarną miały się składać następujące cechy: sztywne przywiązanie do konwencji, brak krytycyzmu i podporządkowanie wyidealizowanym autorytetom moralnym, agresja wobec osób łamiących konwencje i “innych”, sprzeciw wobec przejawów wrażliwości, subiektywności, skłonność do myślenia stereotypami, przesądność i skłonność do umniejszania wartości wiedzy naukowej, sztywne kategorie, kult siły i identyfikacja z figurami władzy, hierarchiczność, kult “twardego charakteru”, cynizm, ogólna wrogość i pogarda dla człowieka, projekcyjność (skłonność do przypisywania światu zewnętrznemu własnych impulsów emocjonalnych – np. “Ostatnio wielu ludzi wtrąca się w prywatne sprawy innych”…), przesadne zainteresowanie “czynnościami seksualnymi”. (Za: Th.W. Adorno i in., Osobowość autorytarna, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010).

Na ile to dotyczy nas dzisiaj – chyba każdy musi ocenić na własną rękę. Czy upuszczenie papierka na ulicy albo trzymanie nóg na krześle już jest powodem do publicznej, nieproporcjonalnej reprymendy? Czy autorytety służą nam do testowania naszej wspólnej wiedzy czy też nie jesteśmy w stanie zrobić kroku, dopóki nie powiedzą nam, w którą stronę? (http://kowalczyk.blog.polityka.pl/2016/05/02/satrapia/?nocheck=1) Czy jesteśmy cyniczni, a zarazem niechętni obcym i inaczej myślącym? Czy przypisujemy innym nasze własne zapędy? (http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Beata-Szydlo-to-jest-pucz,wid,18301530,wiadomosc.html?ticaid=116f15&_ticrsn=3) Zainteresowanie cudzym seksem w dobie tabloidów chyba możemy sobie darować, wiadomo, że jest spore.

Kogo byśmy chcieli mieć za sąsiada?

Na drugim końcu “skali F” Adorno i jego współpracownicy umieścili kogoś, kto “nie jest oszczędny w reakcjach i opiniach… ma silne poczucie osobowej autonomii i niezależności… Jedną z ich cech charakterystycznych jest moralna odwaga… Kochając nie tylko pożądają, ale i współczują… są gotowi do identyfikacji z uciśnionymi, ale nie wykazują cech kompulsji i nadkompensacji… Wydają się często wykazywać zainteresowania natury estetycznej.”

Ten istny nadczłowiek, ktoś, kogo każdy chciałby mieć za sąsiada (rozmowy na klatce schodowej nigdy nie byłyby nudne) został określony przez badaczy mianem “autentycznego liberała”. Zauważmy, że choć zbudowana przez nich dychotomia “faszysta – liberał” wciąż jest w obiegu, to jednak my sami z “liberałem” kojarzymy dziś zupełnie inne cechy (merkantylizm, korupcja, wyzysk, narzucanie własnych poglądów pod płaszczykiem “poprawności politycznej”, promiskuityzm i nihilizm, w najlepszym wypadku – obojętność).

Różnicę tę trzeba wyjaśnić więcej niż jednym czynnikiem. Po pierwsze, Adorno i jego współpracownicy zachłysnęli się profilem ideologicznym Ameryki, która – pamiętajmy – swoim wejściem do gry w II wojnie światowej doprowadziła do zwycięstwa aliantów. Dlatego typ osobowości, który wydawał się najmniej podatny na faszystowskie pokusy nazwali właśnie liberalnym. Tak samo dla mnie, osoby o poglądach wyraźnie lewicowych, byłby to raczej socjalista lub socjaldemokrata, a z punktu widzenia dawnych opozycjonistów demokratycznych ten ideał klasyfikowany był jako przedstawiciel Unii Wolności.

Po drugie, opcja liberalna zaczęła się konsolidować w bardzo skuteczny i raczej bezwzględny system polityczny, kiedy tylko zwycięzcy zorientowali się, że udział w wyzwalaniu Europy otworzył im pole do gospodarczego i politycznego popisu. Adorno, robiąc swoje badania, jeszcze nie mógł wiedzieć, że osoby, które sklasyfikował jako “autentycznych liberałów”, same będą protestować przeciwko liberalnym i neoliberalnym nadużyciom swoich rządów.

Po trzecie, zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat obserwujemy dążenia do stopniowego przedefiniowania pojęcia liberalizmu tak, by zaczęło symbolizować zarazem “cywilizację śmierci” i uderzenie w morale oraz rodzinę, ale też wyzysk i ekonomiczną “kolonizację”. Jeszcze parę miesięcy takiej kreciej pracy i nikt już nie będzie chciał się przyznać do posiadania liberalnych poglądów. Nie mam pewności, a jedynie bardzo silne wrażenie, że już w tej chwili wśród młodych ludzi to “faszyzm”, a na pewno “nacjonalizm” jest bardziej atrakcyjnym członem alternatywy.

Pomieszane pojęcia

Tym bardziej, że nad siatką pojęć wykorzystywanych przez nacjonalizm też prowadzi się prace reinterpretacyjne. Weźmy tych kilka, które przywoływano w przytoczonej na wstępie radiowej dyskusji – państwo narodowe, katolickie morale i ekologia. Każde z nich w ustach młodych patriotów ma trochę inne znaczenie niż zwykle, gdzie “zwykle” znaczy: w konsensusie między mnóstwem różnych autorów, jaki nazywamy wiedzą.

Na przykład, państwo narodowe. W XXI wieku w Europie Polska jest ostatnim – a być może pierwszym? – państwem narodowym, czyli takim, w którym zbiór obywateli z grubsza pokrywa się ze zbiorem osób narodowości polskiej. Gdzie indziej mniejszości uczestniczą w życiu kraju na równi ze rdzenną nacją i trzeba to jakoś rozwiązać i pogodzić.

Silna państwowość starych demokracji nie bierze się z jednolitej tożsamości osób uprawnionych do głosowania, tylko z wielu, wielu lat poświęconych na dopracowywanie i kalibrowanie instytucji. Ponieważ obywatele z założenia są współautorami życia politycznego i mają wpływ na te instytucje, znają je i mają pewną wspólną wiedzę, na której opierają się we wspólnym życiu.

To nie tożsamość jest więc źródłem wspólnoty, ale wspólna praktyka i wspólne życie w końcu wydaje z siebie pewną dzieloną tożsamość. Zupełnie inaczej, niż starają się to przedstawiać polscy narodowcy, wedle których wspólna tożsamość i mentalność miałaby się przekładać na względnie jednorodną wolę polityczną, a ta z kolei – na decyzyjny, więc silny organizm państwowy.

Haczyk tkwi w sposobie interpretowania woli politycznej przez wspomniane “silne państwo”. Wielość głosów wymaga debaty, a więc werbalizacji tego, czego chcemy. Jeśli jednak przyjmiemy, że jesteśmy tacy sami i w związku z tym chcemy tego samego, etap debaty staje się zbędny (choć dla demokracji jest kluczowy), a władza nasze pragnienia, potrzeby, poglądy i decyzje zaczyna rozpoznawać telepatycznie. A skoro, jak mówiliśmy, nasz światopogląd nie jest spójny, to nawet kiedy władza zinterpretuje go źle, jesteśmy skłonni się podporządkować – mamy przecież wiarę w autorytet i dobrą wolę tych, którzy są “nasi”.

Taką samą uspokajającą spójność gwarantuje katolicyzm – nie jako religia “bojaźni i drżenia”, zadanie dla jednostkowego sumienia, perspektywa metafizycznej otchłani, ale jako “reżim przyzwoitości”, tj. całościowy i zrozumiały, bo w miarę logicznie wskazujący na swoje własne przesłanki aksjologiczne, projekt na życie, m.in. oddzielający dobre od złego. Reżim w znaczeniu słownikowym, czyli “ustrój”, ale też reżim w sensie historycznym, projekt autorytarny, bo bez alternatywy.

Gdyby Polska miała popaść w faszyzm, musiałaby to być nasza narodowa wersja autorska faszyzmu, uwzględniająca polską katolickość. Owszem, fundamenty zostały położone. Po soborze watykańskim II, który otworzył doktrynę, uznał prymat jednostkowego sumienia i dopuścił możliwość zbawienia niewierzących, ówczesny prymas Stefan Wyszyński uznał, że są to przesłanki nie do pogodzenia z “ludowym” charakterem polskiego katolicyzmu, który identyfikował z klasą chłopsko-robotniczą, przywiązaniem do ziemi i hierarchicznym postrzeganiem świata.

Triadę “Polak-chłop-katolik” przypomniała naczelna ideolożka nowych polskich środowisk patriotycznych, Barbara Stanisławczyk-Żyła, dziś prezes Polskiego Radia (Zob. tejże, Kto się boi prawdy? Walka z cywilizacją chrześcijańską w Polsce, Fronda, Warszawa 2015). Myślę jednak, że to czysty przypadek, że dyskusja, w której tak wiele miejsca poświęcono ideologii ONR, miała miejsce na falach “Jedynki”.

Z kolei powoływanie się na ekologię przez ruchy narodowe na pierwszy rzut oka nie dziwi. Czyste społeczeństwo chce żyć w czystym kraju, a przecież o lasy dbają lokalne koła myśliwskie. Tyle że ekologia to nie tyle dbałość o “czyste środowisko”, co zrozumienie funkcjonowania ekosystemów. A te mają się nijak do granic narodowych… Cała Ziemia jest ekosystemem, co odczuwamy choćby poprzez zmiany klimatyczne, ale też – wahania cen żywności na całym świecie, gdy w jednym z rolniczych regionów zaczną się powodzie lub susza.

Takie ujęcie wymaga ponadnarodowych regulacji wielu spraw: zarówno rynku energii, jak i rozbrojenia. Tymczasem opcja “suwerennistów” czy narodowców nie tylko nie ma chęci do współdziałania w wymiarach środowiskowych (blokowanie rozwoju odnawialnych źródeł energii), ale też lekceważy aż do granic sabotażu międzynarodowe wysiłki w tym kierunku (ośmieszanie działań przeciwko zmianom klimatycznym).

Ekologia jako filar patriotyzmu sprawdza się znakomicie, jednak musi to być patriotyzm, a nie “suwerenizm” ani nacjonalizm, musi to być patriotyzm obywateli, którzy rozumieją, że na świecie są równi wśród równych i również odpowiedzialni.

Czy istnieje patriotyzm bez nacjonalizmu?

Jeśli patriotyzm opierać na narodowej tożsamości – jako czymś, co dziedziczymy, na co nie mamy wpływu, możemy to jedynie pielęgnować lub roztrwonić i zszargać, to prawdopodobnie nie da się mówić o patriotyzmie bez nacjonalizmu. Jeśli jednak patriotyzm oprzeć na obywatelstwie, nie tylko formalnym, ale także szerzej – na byciu pełnoprawnym członkiem jakiejś wspólnoty – może się okazać, że jest on bliższy ogrodnictwa. Członkostwo we wspólnocie jest jak uprawianie ogródka: jesteśmy tym bardziej z niego dumni, im więcej włożymy od siebie w te grządki, gazony i klomby.

Jesteśmy bardziej u siebie tam, gdzie wkładamy trochę wysiłku w rozwiązywanie konfliktów, negocjowanie kompromisów i wypracowywanie rozwiązań. Tam, gdzie rozmowy na klatce schodowej nas wciągają i sprawiają, że świat się jawi nieco ciekawszy. Tam, gdzie nasze żądania i  protesty przynoszą efekty. Niekoniecznie w stu procentach takie, jak byśmy chcieli, ale jednak.

I chyba miło jest uprawiać ogródek w towarzystwie osób, które znają się na czymś innym niż my, na przykład umieją opryskiwać drzewa owocowe i chętnie posadzą takie kwiaty, jakich my nie jeszcze znamy.

I może właśnie to sprawia, że mój niepokój graniczy dzisiaj z paniką: moja wersja patriotyzmu, właściwie każda wersja patriotyzmu, która nie zgadza się z wykładnią ferowaną przez władze i suflowaną przez ruchy narodowe, staje się “zdradą ojczyzny”, uczuciem “drugiego sortu”.

Niechęć do splatania świeckich struktur państwowych z kościelną obrzędowością i hierarchią wartości pod pretekstem zbitki “Polak-katolik” okazuje się już powodem do wykluczania takich niechętnych z narodowej wspólnoty. Pół biedy, gdy czynią to młodzi członkowie ruchów nacjonalistycznych (choć strony internetowe z nazwiskami “zdrajców narodu” przerażają), ale kiedy czyni to władza, obowiązania chronić wszystkich obywateli bez względu na poglądy (których zresztą, według Konstytucji, sama nie powinna ujawniać przy sprawowaniu funkcji), to zaczynamy mieć problem. I ten problem niebezpiecznie prosi się o etykietę faszyzmu.

Kłamstwo i pamięć

Nie wierzę Zygmuntowi Baumanowi, że kłamstwo polityczne ma krótkie nogi i samo siebie obala. Jeśli jest możliwe w mediach głównego nurtu mówić, że dyskusji o patriotyzmie nie było, to takie kłamstwo jest już w zasadzie nie do obalenia. Jego materią jest pamięć, a klasyk mówi przecież, że w przeciwieństwie do historii, która jest sprawą publiczną i każdy może się o nią spierać, pamięć jest zawsze czyjaś, zawsze własna i kłócić się o nią trudno. Pamięć za to, w przeciwieństwie do historii, można modyfikować, wpływać na nią, sugerować pamiętającemu interpretacje, rzucające nowe światło na to, co pamięta…

Uporczywe powtarzanie, że za poprzednich opcji rządzących patriotyzmu się unikało, będzie pomału modyfikowało pamięć i w końcu stanie się subiektywnie przeżywaną prawdą. A ponieważ wiedza to również pamięć (ponieważ wszyscy pamiętamy mniej więcej to samo i mamy swoje rytuały, w których się nawzajem sprawdzamy, to nazywamy to obiektywizmem), kwantum naszej wiedzy również może być – jak by to określić – plastyczne.

Na tej plastyczności opierają się techniki propagandy. Pracowita, powolna redefinicja pojęć, czyli wiedzy, i opowiadanie na nowo (“nowa narracja”) bliższych i dalszych wspomnień naszej wspólnoty przekładają się na zmianę światopoglądu, obrazu świata. A ponieważ większość z nas w tym procesie uczestniczy sporadycznie i nieuważnie, zmiana dokonuje się niespójnie. Im bardziej z kolei nasz obraz świata jest niespójny, tym bardziej jesteśmy niepewni siebie, zagubieni i agresywni w obliczu jakiejś innej wersji, która nie całkiem zgadza się z naszą.

Kłopotliwa osobowość

Innymi słowy, stajemy się coraz bardziej autorytarni. Powojenni badacze, którzy starali się określić, jak to się stało, że całe społeczeństwa nie zaprotestowały, kiedy w ich imieniu wytaczano wojnę światową czy przeprowadzano Zagładę, właśnie tak określili osobowość, jaka się wyłaniała na gruncie niespójnego obrazu świata, braku prawdy, na której można się oprzeć, kwestionowania obiektywnej wiedzy i nacisku na zagrożenia ze strony “tych, którzy nie są nami”.

Na osobowość autorytarną miały się składać następujące cechy: sztywne przywiązanie do konwencji, brak krytycyzmu i podporządkowanie wyidealizowanym autorytetom moralnym, agresja wobec osób łamiących konwencje i “innych”, sprzeciw wobec przejawów wrażliwości, subiektywności, skłonność do myślenia stereotypami, przesądność i skłonność do umniejszania wartości wiedzy naukowej, sztywne kategorie, kult siły i identyfikacja z figurami władzy, hierarchiczność, kult “twardego charakteru”, cynizm, ogólna wrogość i pogarda dla człowieka, projekcyjność (skłonność do przypisywania światu zewnętrznemu własnych impulsów emocjonalnych – np. “Ostatnio wielu ludzi wtrąca się w prywatne sprawy innych”…), przesadne zainteresowanie “czynnościami seksualnymi”. (Za: Th.W. Adorno i in., Osobowość autorytarna, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010).

Na ile to dotyczy nas dzisiaj – chyba każdy musi ocenić na własną rękę. Czy upuszczenie papierka na ulicy albo trzymanie nóg na krześle już jest powodem do publicznej, nieproporcjonalnej reprymendy? Czy autorytety służą nam do testowania naszej wspólnej wiedzy czy też nie jesteśmy w stanie zrobić kroku, dopóki nie powiedzą nam, w którą stronę?  Czy jesteśmy cyniczni, a zarazem niechętni obcym i inaczej myślącym? Czy przypisujemy innym nasze własne zapędy? Zainteresowanie cudzym seksem w dobie tabloidów chyba możemy sobie darować, wiadomo, że jest spore.

Kogo byśmy chcieli mieć za sąsiada?

Na drugim końcu “skali F” Adorno i jego współpracownicy umieścili kogoś, kto “nie jest oszczędny w reakcjach i opiniach… ma silne poczucie osobowej autonomii i niezależności… Jedną z ich cech charakterystycznych jest moralna odwaga… Kochając nie tylko pożądają, ale i współczują… są gotowi do identyfikacji z uciśnionymi, ale nie wykazują cech kompulsji i nadkompensacji… Wydają się często wykazywać zainteresowania natury estetycznej.”

Ten istny nadczłowiek, ktoś, kogo każdy chciałby mieć za sąsiada (rozmowy na klatce schodowej nigdy nie byłyby nudne) został określony przez badaczy mianem “autentycznego liberała”. Zauważmy, że choć zbudowana przez nich dychotomia “faszysta – liberał” wciąż jest w obiegu, to jednak my sami z “liberałem” kojarzymy dziś zupełnie inne cechy (merkantylizm, korupcja, wyzysk, narzucanie własnych poglądów pod płaszczykiem “poprawności politycznej”, promiskuityzm i nihilizm, w najlepszym wypadku – obojętność).

Różnicę tę trzeba wyjaśnić więcej niż jednym czynnikiem. Po pierwsze, Adorno i jego współpracownicy zachłysnęli się profilem ideologicznym Ameryki, która – pamiętajmy – swoim wejściem do gry w II wojnie światowej doprowadziła do zwycięstwa aliantów. Dlatego typ osobowości, który wydawał się najmniej podatny na faszystowskie pokusy nazwali właśnie liberalnym. Tak samo dla mnie, osoby o poglądach wyraźnie lewicowych, byłby to raczej socjalista lub socjaldemokrata, a z punktu widzenia dawnych opozycjonistów demokratycznych ten ideał klasyfikowany był jako przedstawiciel Unii Wolności.

Po drugie, opcja liberalna zaczęła się konsolidować w bardzo skuteczny i raczej bezwzględny system polityczny, kiedy tylko zwycięzcy zorientowali się, że udział w wyzwalaniu Europy otworzył im pole do gospodarczego i politycznego popisu. Adorno, robiąc swoje badania, jeszcze nie mógł wiedzieć, że osoby, które sklasyfikował jako “autentycznych liberałów”, same będą protestować przeciwko liberalnym i neoliberalnym nadużyciom swoich rządów.

Po trzecie, zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat obserwujemy dążenia do stopniowego przedefiniowania pojęcia liberalizmu tak, by zaczęło symbolizować zarazem “cywilizację śmierci” i uderzenie w morale oraz rodzinę, ale też wyzysk i ekonomiczną “kolonizację”. Jeszcze parę miesięcy takiej kreciej pracy i nikt już nie będzie chciał się przyznać do posiadania liberalnych poglądów. Nie mam pewności, a jedynie bardzo silne wrażenie, że już w tej chwili wśród młodych ludzi to “faszyzm”, a na pewno “nacjonalizm” jest bardziej atrakcyjnym członem alternatywy.

Pomieszane pojęcia

Tym bardziej, że nad siatką pojęć wykorzystywanych przez nacjonalizm też prowadzi się prace reinterpretacyjne. Weźmy tych kilka, które przywoływano w przytoczonej na wstępie radiowej dyskusji – państwo narodowe, katolickie morale i ekologia. Każde z nich w ustach młodych patriotów ma trochę inne znaczenie niż zwykle, gdzie “zwykle” znaczy: w konsensusie między mnóstwem różnych autorów, jaki nazywamy wiedzą.

Na przykład, państwo narodowe. W XXI wieku w Europie Polska jest ostatnim – a być może pierwszym? – państwem narodowym, czyli takim, w którym zbiór obywateli z grubsza pokrywa się ze zbiorem osób narodowości polskiej. Gdzie indziej mniejszości uczestniczą w życiu kraju na równi ze rdzenną nacją i trzeba to jakoś rozwiązać i pogodzić.

Silna państwowość starych demokracji nie bierze się z jednolitej tożsamości osób uprawnionych do głosowania, tylko z wielu, wielu lat poświęconych na dopracowywanie i kalibrowanie instytucji. Ponieważ obywatele z założenia są współautorami życia politycznego i mają wpływ na te instytucje, znają je i mają pewną wspólną wiedzę, na której opierają się we wspólnym życiu.

To nie tożsamość jest więc źródłem wspólnoty, ale wspólna praktyka i wspólne życie w końcu wydaje z siebie pewną dzieloną tożsamość. Zupełnie inaczej, niż starają się to przedstawiać polscy narodowcy, wedle których wspólna tożsamość i mentalność miałaby się przekładać na względnie jednorodną wolę polityczną, a ta z kolei – na decyzyjny, więc silny organizm państwowy.

Haczyk tkwi w sposobie interpretowania woli politycznej przez wspomniane “silne państwo”. Wielość głosów wymaga debaty, a więc werbalizacji tego, czego chcemy. Jeśli jednak przyjmiemy, że jesteśmy tacy sami i w związku z tym chcemy tego samego, etap debaty staje się zbędny (choć dla demokracji jest kluczowy), a władza nasze pragnienia, potrzeby, poglądy i decyzje zaczyna rozpoznawać telepatycznie. A skoro, jak mówiliśmy, nasz światopogląd nie jest spójny, to nawet kiedy władza zinterpretuje go źle, jesteśmy skłonni się podporządkować – mamy przecież wiarę w autorytet i dobrą wolę tych, którzy są “nasi”.

Taką samą uspokajającą spójność gwarantuje katolicyzm – nie jako religia “bojaźni i drżenia”, zadanie dla jednostkowego sumienia, perspektywa metafizycznej otchłani, ale jako “reżim przyzwoitości”, tj. całościowy i zrozumiały, bo w miarę logicznie wskazujący na swoje własne przesłanki aksjologiczne, projekt na życie, m.in. oddzielający dobre od złego. Reżim w znaczeniu słownikowym, czyli “ustrój”, ale też reżim w sensie historycznym, projekt autorytarny, bo bez alternatywy.

Gdyby Polska miała popaść w faszyzm, musiałaby to być nasza narodowa wersja autorska faszyzmu, uwzględniająca polską katolickość. Owszem, fundamenty zostały położone. Po soborze watykańskim II, który otworzył doktrynę, uznał prymat jednostkowego sumienia i dopuścił możliwość zbawienia niewierzących, ówczesny prymas Stefan Wyszyński uznał, że są to przesłanki nie do pogodzenia z “ludowym” charakterem polskiego katolicyzmu, który identyfikował z klasą chłopsko-robotniczą, przywiązaniem do ziemi i hierarchicznym postrzeganiem świata.

Triadę “Polak-chłop-katolik” przypomniała naczelna ideolożka nowych polskich środowisk patriotycznych, Barbara Stanisławczyk-Żyła, dziś prezes Polskiego Radia (Zob. tejże, Kto się boi prawdy? Walka z cywilizacją chrześcijańską w Polsce, Fronda, Warszawa 2015). Myślę jednak, że to czysty przypadek, że dyskusja, w której tak wiele miejsca poświęcono ideologii ONR, miała miejsce na falach “Jedynki”.

Z kolei powoływanie się na ekologię przez ruchy narodowe na pierwszy rzut oka nie dziwi. Czyste społeczeństwo chce żyć w czystym kraju, a przecież o lasy dbają lokalne koła myśliwskie. Tyle że ekologia to nie tyle dbałość o “czyste środowisko”, co zrozumienie funkcjonowania ekosystemów. A te mają się nijak do granic narodowych… Cała Ziemia jest ekosystemem, co odczuwamy choćby poprzez zmiany klimatyczne, ale też – wahania cen żywności na całym świecie, gdy w jednym z rolniczych regionów zaczną się powodzie lub susza.

Takie ujęcie wymaga ponadnarodowych regulacji wielu spraw: zarówno rynku energii, jak i rozbrojenia. Tymczasem opcja “suwerennistów” czy narodowców nie tylko nie ma chęci do współdziałania w wymiarach środowiskowych (blokowanie rozwoju odnawialnych źródeł energii), ale też lekceważy aż do granic sabotażu międzynarodowe wysiłki w tym kierunku (ośmieszanie działań przeciwko zmianom klimatycznym).

Ekologia jako filar patriotyzmu sprawdza się znakomicie, jednak musi to być patriotyzm, a nie “suwerenizm” ani nacjonalizm, musi to być patriotyzm obywateli, którzy rozumieją, że na świecie są równi wśród równych i również odpowiedzialni.

Czy istnieje patriotyzm bez nacjonalizmu?

Jeśli patriotyzm opierać na narodowej tożsamości – jako czymś, co dziedziczymy, na co nie mamy wpływu, możemy to jedynie pielęgnować lub roztrwonić i zszargać, to prawdopodobnie nie da się mówić o patriotyzmie bez nacjonalizmu. Jeśli jednak patriotyzm oprzeć na obywatelstwie, nie tylko formalnym, ale także szerzej – na byciu pełnoprawnym członkiem jakiejś wspólnoty – może się okazać, że jest on bliższy ogrodnictwa. Członkostwo we wspólnocie jest jak uprawianie ogródka: jesteśmy tym bardziej z niego dumni, im więcej włożymy od siebie w te grządki, gazony i klomby.

Jesteśmy bardziej u siebie tam, gdzie wkładamy trochę wysiłku w rozwiązywanie konfliktów, negocjowanie kompromisów i wypracowywanie rozwiązań. Tam, gdzie rozmowy na klatce schodowej nas wciągają i sprawiają, że świat się jawi nieco ciekawszy. Tam, gdzie nasze żądania i  protesty przynoszą efekty. Niekoniecznie w stu procentach takie, jak byśmy chcieli, ale jednak.

I chyba miło jest uprawiać ogródek w towarzystwie osób, które znają się na czymś innym niż my, na przykład umieją opryskiwać drzewa owocowe i chętnie posadzą takie kwiaty, jakich my nie jeszcze znamy.

I może właśnie to sprawia, że mój niepokój graniczy dzisiaj z paniką: moja wersja patriotyzmu, właściwie każda wersja patriotyzmu, która nie zgadza się z wykładnią ferowaną przez władze i suflowaną przez ruchy narodowe, staje się “zdradą ojczyzny”, uczuciem “drugiego sortu”.

Niechęć do splatania świeckich struktur państwowych z kościelną obrzędowością i hierarchią wartości pod pretekstem zbitki “Polak-katolik” okazuje się już powodem do wykluczania takich niechętnych z narodowej wspólnoty. Pół biedy, gdy czynią to młodzi członkowie ruchów nacjonalistycznych (choć strony internetowe z nazwiskami “zdrajców narodu” przerażają), ale kiedy czyni to władza, obowiązania chronić wszystkich obywateli bez względu na poglądy (których zresztą, według Konstytucji, sama nie powinna ujawniać przy sprawowaniu funkcji), to zaczynamy mieć problem. I ten problem niebezpiecznie prosi się o etykietę faszyzmu.

Agata Czarnacka